Przez kilka godzin spędzonych z
Lollipop Chainsaw ucinałem głowy atakującym mnie umarlakom, rozjeżdżałem je kombajnem w rytm piosenki You Spin Me Round (Like A Record), grałem w zombie-koszykówkę, szukałem sposobu na pokręconych bossów, tańczyłem na rurze, skakałem po czerepach przeciwników, którzy wybuchali feerią barw, kupowałem ciuszki i rozcinałem halucynogenne grzyby. Jeden z uratowanych uczniów oznajmił, że będzie się masturbował, myśląc o mnie, szkolna koleżanka wyraziła chęć zmiany tamponu, inny chłopak obawiał się bukkake z udziałem kilku zombiaków. Przez kolejnych bossów byłem co chwilę nazywany dziwką.
A to tylko część atrakcji, jakie czekają na gracza, który sięgnie po
Lollipop Chainsaw. Jeżeli powyższy opis nie wywołał w Was zbytniej konsternacji czy oburzenia, a lubujecie się w estetyce camp i grindhouse oraz graliście w cokolwiek autorstwa Sudy 51, to w dalszej części tekstu będę Was przekonywał, że warto sięgnąć po najnowsze dzieło Grasshopper Manufacture.
Na początku wyznam szczerze, że po przygodach nastoletniej łowczyni zombie spodziewałem się czegoś innego. Byłem nastawiony na bieganie po rozległych poziomach i wycinanie sobie piłą mechaniczną drogi wśród setek (a przynajmniej dziesiątków) umarlaków. W praktyce wygląda to tak, że wpadamy do dość ciasnawej lokacji (nie zawsze), po lewej wyskakuje licznik nieumarłych, których musimy pokonać, by przejść dalej, i zaczynamy działać. Zombiaki wysypują się falami, co w dość sztuczny sposób przedłuża rozgrywkę i jednocześnie dba o to, by silnik gry nie zakrztusił się przy nadmiarze przeciwników na jednym ekranie. Skutecznie. Bieganie i wymachiwanie piłą mechaniczną to na szczęście nie jedyne zajęcie blondwłosej Juliet. Co jakiś czas przychodzi nam rozegrać jakąś absurdalną minigierkę czy dokonać zakupów w sklepie internetowym (chop2shop.zom). Twórcy przewidzieli sporo bajerów do zdobycia za zarobione medale (wypadają z zabitych zombiaków), między innymi ciuszki, lizaki, które uzupełniają pasek zdrowia, piosenki czy kombosy.
Mimo że na liście dostępnych do kupienia kombinacji ciosów widnieje ponad 20 pozycji, muszę zasmucić miłośników złożonych slasherów. System walki w
Lollipop Chainsaw, choć efektowny, jest prosty jak konstrukcja cepa. Cios piłą wysoki, niski, skok/unik i uderzenie pomponami (w końcu to cheerleaderka), które ogłusza przeciwnika, to komplet podstawowych zagrań. Później dochodzi możliwość strzelania z piły (sic!) i wykorzystania Nicka w trakcie walki, ale przez większą część gry intensywnie stukamy cios, unik, cios, unik. Czy to źle? Zależy. Zwolennicy współczesnego
Ninja Gaiden I/II są proszeni o wyjście z sali, natomiast jeśli miło wspominacie ciachanie wrogów w
No More Heroes, to szafa gra.
Zwiastun premierowy Lollipop Chainsaw. Wersję wideo w wyższej rozdzielczości znajdziecie pod tym adresem
Walka jest efektowna i choć płytka pod względem złożoności, to potrafi sprawić radość sekwencjami rozcinania zombiaków na pół czy jednoczesnego skracania trzech/czterech/pięciu zgniłków o głowę. Zróbcie to, a zostaniecie nagrodzeni bonusem punktowym, kolorami tęczy i fajerwerkami wypełniającymi cały ekran. Bo taka właśnie jest ta gra.
Każdy, kto kojarzy wcześniejsze dokonania Sudy 51 (
No More Heroes, Shadows of the Damned, Killer 7) i Jamesa Gunna, scenarzysty gry (
PG Porn, Tromeo & Juliet), wie doskonale, czego spodziewać się po
Lollipop Chainsaw. Absurd goni absurd, wulgaryzmy i seksistowskie dowcipy to chleb powszedni, nie wspominając o głównym pomyśle na tę pozycję: rodzina łowców zombie walczy ze szkolnym kolegą Juliet, który przyzywa na świat hordy zgniłków z pięcioma pokręconymi bossami na czele. Z drugiej strony tytuł oferuje sporo ciekawych pomysłów, do czego zdążył nas już przyzwyczaić wspomniany Suda Goichi. Zwariowane minigierki, zróżnicowani przeciwnicy (halucynogenny robokurczak!) i obowiązkowe klimaty retro to znaki rozpoznawcze ojca
No More Heroes. Growy camp pełną gębą.
Lollipop Chainsaw to naprawdę zabawna produkcja. Dialogi prowadzone przez Juliet z Nickiem (a raczej z jego głową, bo tyle po nim zostało po ataku zombie) są świetne w swojej głupocie, choć zdarzało im się powtarzać. Przerywniki filmowe to kolejny przejaw genialnego absurdu. Jeżeli cenicie sobie warstwę fabularną
House of the Dead: Overkill, to przy grze Grasshopperów będziecie bawić się równie dobrze. Wspomniani już szefowie na końcach etapów to oddzielna kategoria i znowu przykład zakręconych pomysłów odzianych w cyfrowe fatałaszki. Każdy z nich nawiązuje do różnych gatunków muzycznych (zombie punk, psychodeliczna hipiska, miłośnik funku i kokainy etc.), co owocuje odpowiednim klimatem starć. Zresztą warstwa muzyczna jest ważną częścią składową
Lollipop Chainsaw. Wspomniane You Spin Me Round (Like A Record) kontrastuje z Toy Dollsami, Dragonforcem czy Atari Teenage Riot. Nie mogło też zabraknąć Lollipop The Chordettes i Hey Mickey Toni Basil, której słuchamy przy odpalaniu specjala.

(Kliknij na obrazek, aby go powiększyć)
Przygody nastoletniej Juliet, jej rodziny i gadającej głowy Nicka to rzecz zdecydowanie dla koneserów. Słodycz wylewa się z ekranu hektolitrami, serduszka i fajerwerki wylatują z odciętych głów zombiaków, a potykając się o absurdy fabularne i koncepcyjne, można wybić sobie zęby. Rozgrywka potrafi odrzucać prostotą, ale na brak wrażeń i pomysłów nie sposób narzekać.
Lollipop Chainsaw jest krótkie, ale mówienie, że to „gra na cztery godziny”, jest taką samą bzdurą jak te, które swego czasu wygadywano o
Vanquishu. Faktycznie tryb fabularny to zaledwie kilka (bez spojlerów) poziomów, jednak twórcy na każdym kroku zachęcają do pobijania rekordów w światowym i wewnętrznym rankingu (czuć ducha salonów gier), odblokowywania obrazków, strojów i ulepszania statystyk. Nie każdy będzie miał ochotę się w to bawić, ale jako fan kreatywności Sudy 51, nie czułem niedosytu po jednorazowym obejrzeniu napisów końcowych. Zwolennicy złożonych i poważnych slasherów – marsz do konkurencji!
Zapowiadana premiera gry: wrzesień 2012.