środa, 27 czerwca 2012

Dirt: Showdown - recenzja

Seria Dirt nie chce nas już uczyć mechaniki samochodowej. Codemasters, serwując Showdown, stawiają na rozrywkę w czystej postaci, a doświadczenie pozwala im bez szwanku odnaleźć się w takiej konwencji. Pomysł na zrobienie nowatorskiej gry, nad strukturą której recenzenci będą dyskutować z maślanymi oczami? Szokujące zestawienie dwóch różnych gatunków, z których każdy wnosi do rozgrywki coś niespodziewanego. Nowy Dirt to połączenie klasycznych dla brytyjskiego dewelopera gier rajdowych, z czysto rozrywkowymi, bardzo efektownymi grami sportowymi pokroju serii Tony Hawk's Pro Skater. Gdyby ktoś próbował sprzedać mi ten tytuł takim właśnie hasłem reklamowym, to byłbym pewnie sceptyczny, ale kontakt z Showdown rozwiewa wszelkie wątpliwości.
Powiedzmy sobie otwarcie, że produkcja ta ze swoją poprzedniczką, oznaczoną numerem 3, wspólne ma w zasadzie jedno – tu i tam zasiadamy za kierownicą samochodu. Wszystko inne pachnie nowością, w tym wypadku będącą synonimem rozrywki. Począwszy od zadań, jakie mamy do wykonania, a skończywszy na modelu jazdy, nowy Dirt głośno i wyraźnie krzyczy do nas: „Zabawa!”.
Najbliżej do tradycyjnych rajdów tym zawodom, w których stajemy do boju przeciwko innym zawodnikom na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”, choć i tak szybciej odnajdą się w tym osoby zaznajomione z gokartowymi wyścigami w stylu Mario Kart. Równie ważne jak umiejętność prowadzenia jest przepychanie się na torze i odpowiednie wykorzystywanie dopalacza, którego pasek napełniamy, demolując przeciwników.
Wersję wideo w wyższej rozdzielczości znajdziecie pod tym adresem
Ściganie się to nie tylko pędzenie do mety. Showdown próbuje nas przyciągnąć różnymi wariacjami warunków zwycięstwa – dominacją na poszczególnych odcinkach czy eliminacją ostatniego w danej chwili zawodnika. A są jeszcze zawody, które sklasyfikować można jako „demolkę” i w których najważniejsze jest staranowanie przeciwnika, rozwalenie jego auta czy zepchnięcie go z areny, za co nagradzani jesteśmy punktami. Powracają też znane z poprzedniej części turnieje Gymkhana, polegające na precyzyjnej jeździe i wykonywaniu określonych „sztuczek” – również w kilku wariantach.
Kampania dla jednego gracza stara się racjonować poszczególne tryby zabawy poprzez cztery serie wyścigów, w których kolejne imprezy odblokowujemy po zdobyciu odpowiedniej liczby medali. Wszystko to jest na tyle umiejętnie poprzeplatane ze sobą, że trudno się znudzić, bo startujemy non stop w kolejnych zawodach, nie mając nawet chwili na odpoczynek. Uff, właśnie przebrnęliśmy przez jedną z opcji rozgrywki.
Tryb „Joyride” od razu nasunął mi skojarzenie ze wspomnianą już serią Tony Hawk. Trafiamy na dość sporą planszę, na której znajduje się kilkadziesiąt różnych zadań do zrealizowania i równie wiele elementów do odnalezienia. Kolejność dowolna. Najpierw wykonać wszystkie wymagane skoki czy raczej skupić się na trudniejszych, bardziej technicznych elementach jak drift? A tak naprawdę interesujące jest to, co najszybciej doprowadzi do odblokowania kolejnych tras, wozów i innych proponowanych przez autorów niespodzianek.
Twórcy gier samochodowych jakiś czas temu zdali sobie sprawę, że jednym z kluczowych elementów jest rywalizacja ze znajomymi czy też innymi użytkownikami sieci. Nie tylko w starciach bezpośrednich, kiedy czasem jedna głupia stłuczka niweczy kilkanaście minut wspaniałej jazdy, ale także porównując swoje najlepsze wyniki uzyskane po godzinach powtórzeń. Tryb „Challenges” w Showdown stawia tę drugą formę nie w roli dodatku do dania głównego, ale istotnej części gry. Po każdym wyścigu możemy rzucić wyzwanie któremuś z naszych znajomych, a ono automatycznie pojawi się na liście wszystkich aktualnie dostępnych. Podjęcie się go, to zaledwie trzy próby, w których musimy pobić wynik kolegi. Sam byłem zdumiony, jakie potrafi to wzbudzić emocje.
Zdjęcie (Kliknij na obrazek, aby go powiększyć)
Rozgrywka wieloosobowa to oczywiście także klasyczny multiplayer, który w przypadku nowego Dirta przybiera trochę inną formę, dając nam możliwość współzawodnictwa za kółkiem w trybach kojarzonych raczej z tytułami FPS, jak choćby „Capture the Flag”. Obrazek ten uzupełnia tryb rywalizacji na podzielonym ekranie. Dysonans pomiędzy czterema opcjami, które widzimy po pierwszym uruchomieniu ekranu w głównym menu, a tym, co gra tak naprawdę w sobie kryje, jest olbrzymi.
Cała ta zabawa (podkreślam jeszcze raz – świetna) jest też przykładem tego, jak niesamowicie ciężką i trudną pracę stanowi projektowanie gier. Codemasters mają świetny, sprawdzony i bardzo ładny silnik. Mają udany pomysł na nowe podejście do powoli oklepanego tematu. Co mogło pójść źle? Rajdy, turnieje, demolki w Showdown są bardzo krótkie, rzadko przekraczając 3-4 minuty, a graficzne wymagania (szczególnie w przypadku konsol) powodują dość długie ładowanie poszczególnych etapów. W rezultacie stosunek grania do czekania i przeglądania menu niebezpiecznie zbliża się do 1:1. Poprzednio nie rzucało się to w oczy, tutaj czasami irytuje.
Z edycji na edycję Dirt coraz bardziej przymila się do mniej zatwardziałych fanów wirtualnej jazdy. Showdown jest otwarcie skierowany do innych odbiorców niż chociażby amatorzy części drugiej. Nie ma w tym jednak niczego złego, bo dostajemy grę naprawdę dobrą, potrafiącą zatrzymać przed monitorem na długi czas. Podjęte ryzyko zdecydowanie się opłaciło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

laski, Odloty, Swingers, turystyczny, dla pań