Na spokojnie
Mapy są rozległe, umieszczone w sielankowych sceneriach, w których żyzne pola i łąki ciągną się aż po horyzont. Taki krajobraz pozytywnie buduje klimat, dzięki czemu bardzo szybko zapominamy o przyzwyczajeniach z Call of Duty czy Medal of Honor. Tutaj wszystko dzieje się powoli, a to dlatego, że bardzo łatwo można zginąć. Bohater może polec od jednej kuli, granatu, który eksplodował gdzieś tam daleko, nie mówiąc już o pocisku wystrzelonym z Pantery. Dlatego też przez większość gry czołgamy się lub przemieszczamy skuleni, szukając jakiejkolwiek osłony przed wrogiem. Ta powolność bardzo mi odpowiadała, prawie tak samo jak ciągnące się w nieskończoność starcia z nieprzyjacielskimi oddziałami. Raz zostałem zaskoczony, gdy po zajściu wrażego czołgu od tyłu i wpakowaniu w niego pocisku z Panzerschrecka cieszyłem się jak dziecko, a później przecierałem oczy ze zdumienia, bowiem eksplozja pancernego kolosa odrzuciła mnie na kilka metrów.
Mój początek w Iron Front: Liberation 1944 raczej nie należał do najpiękniejszych przeżyć. Przyznam się, że już po dziesięciu minutach obcowania z grą chciałem wstać od komputera i zobaczyć, czy nie ma mnie w drugim pokoju. Pomimo świetnie oddanego klimatu wojny produkcja ta wciąż budzi we mnie dużo więcej emocji złych niż dobrych. Wystarczy obejrzeć pierwsze cut-scenki, których żadną siłą nie możemy przerwać, wystarczy posłuchać pierwszych dialogów i wykonać kilka pierwszych zadań treningowych, aby uświadomić sobie, że pozycja ta wyszła o parę miesięcy za wcześnie. Pomijam już fakt, że silnik graficzny jest fatalnie zoptymalizowany, że program kilka razy wyrzucił mnie na pulpit, a nawet to, że żołnierze czasami kręcą się wokół własnej osi. Grzechów jest o wiele więcej i są one znacznie większego kalibru.
(Kliknij na obrazek, aby go powiększyć) Postrzelił go Panzerschreck
Przechodząc trening, zarówno po stronie III Rzeszy, jak i ZSRR, chwilami zaczynałem mówić do siebie łaciną podwórkową. Niemiecki żołnierz tuż po pierwszym ćwiczeniu strzeleckim nie był w stanie zejść z platformy, z której strzelał. Dopadała go jakaś blokada, zupełnie jakby wylądował po kolana w betonie. Sytuację ratował tylko i wyłącznie restart gry i zaczynanie treningu od nowa (!). Również dowódca, komentując moje poczynania, bez przerwy powtarzał tę samą kwestię, że celuję fatalnie, a na koniec powiedział, że robię to całkiem nieźle. Potem, strzelając z Panzerschrecka, zabiłem swojego oficera, który stał kilka metrów dalej. Odrzut broni, dym lub słońce na niebie, naprawdę nie wiem, co go załatwiło. Takich zabawnych, a tak naprawdę żałosnych sytuacji jest tu całe mnóstwo. Granie w Iron Front: Liberation 1944 uświadomiło mi, że spadochroniarze mogą wyskoczyć bez spadochronu, po czym bezpiecznie wylądować. A cekaemista ustawiający się tyłem do nacierających wrogów to już w ogóle komedia.
Błędów jest dużo więcej i raczej wątpię, aby wszystkie wynikały z niedoróbek technicznych. Choćby takie skrypty. Ich zagęszczenie w niektórych misjach zawstydziłoby samo Infinity Ward. Czasami żołnierz nie ruszy przed siebie, jeżeli nie ustawi się dokładnie w wyznaczonym miejscu, a pisząc dokładnie, mam na myśli bardzo dokładnie. Najlepsze jest to, że często nie wiadomo, o jakie miejsce chodzi. W efekcie krążymy po mapie, próbując znaleźć punkt, bez którego nie popchniemy rozgrywki naprzód.
Organy Stalina
W grze znalazło się miejsce na ponad trzydzieści pojazdów, wśród których nie zabrakło wozów opancerzonych, czołgów, armat i samolotów. Tak, możemy toczyć bitwy pancerne, posyłać salwy z Katiusz (nazywanych przez hitlerowców „organami Stalina”), a nawet dziurawić oponentów seriami z Junkersa Ju-87. Jest też multiplayer, który w tej chwili okazuje się absolutnie nie do strawienia, a to ze względu na wady techniczne. A gdy do bogatego katalogu pojazdów dodamy możliwość dowodzenia oddziałami, buduje się obraz tytułu z rozmachem, słabego, ale z rozmachem i potencjałem, który powinien eksplodować w momencie pojawienia się pierwszych łatek ważących co najmniej tyle samo co właściwa gra.
(Kliknij na obrazek, aby go powiększyć) Silnik Real Virtuality, który napędzał wspomniane ArmA II, w Iron Front: Liberation 1944 raczej spełnia swoją rolę, bo jak pisałem wcześniej, prawidłowo konstruuje surowy, wojenny klimat, charakterystyczny dla frontu wschodniego. Niestety, cała reszta zawodzi. Animacja żołnierzy wywołuje uśmiech na twarzy – biegają pokracznie, jak bohaterowie gier z poprzedniej dekady. Brzydko też wyglądają eksplozje.
Kończę tę recenzję, przeglądając stronki internetowe, na których pojawiły się właśnie pierwsze małe łatki, w założeniach mające postawić grę na nogi. Jeszcze nie wiem, czy spełnią swoje zadanie. Do mnie jednak należy wystawienie oceny produktowi, który wypuszczono na rynek. Na ten moment daję więc grze dwie gwiazdki z zaznaczeniem, że tytuł ma spory potencjał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz