Championship Series, jedna z dwóch głównych części gry, oferuje wszystko, czego można się było spodziewać – serię wyścigów odblokowujących nowe trasy, samochody i coraz ciekawsze wymysły lakiernicze. Obecny jest oczywiście standardowy arsenał kartowych broni (od rakiet przez miny po deszcz spadającego dynamitu), dopalacze, możliwość driftowania i wykonywania ewolucji w powietrzu. Dla głodnych poszukiwań znajdzie się także mnóstwo alternatywnych tras przejazdu, pozwalających uzyskać przewagę nad niezbyt inteligentną konkurencją.
Po dwóch minutach spędzonych na pierwszym wyścigu będziemy wystarczająco dobrze zaznajomieni z modelem jazdy, by objeżdżać sztucznie inteligentnych przeciwników bez najmniejszego problemu. Może za dużo wymagam od produkcji, której adresatem mają być całe rodziny (a więc i najmłodsi niemający wyrobionych setek godzin z padem w ręku), ale czasem było mi po prostu smutno, że żaden z innych rajdowców nie potrafił zatrzymać mojego spaceru po zwycięstwo jakąś dobrze wycelowaną rakietą. Zmienia się to wszystko w przypadku rywalizacji ze znajomymi, gdzie kompetentny system prowadzenia (za wyjątkiem guzika do driftowania, który efektywnie przeszkadza i o którym szybko zapominamy) pozwala na dobrą zabawę.
(Kliknij na obrazek, aby go powiększyć) Joy Ride Turbo nie popełnia także błędu swojego poprzednika i rezygnuje ze wsparcia kontrolera ruchowego Kinect. Przykro patrzy się na to, jak gadżet Microsoftu kurzy się na półce, mrugając okiem w rzadkich momentach powrotu do Dance Central, ale jego specyfika nijak nadaje się do ścigania, gdzie liczy się precyzja. Z jednej strony brakuje przez to grze jakiejś nowinki, jakiejś szczególnej cechy, która by ją wyróżniała, z drugiej jednak twórcy podjęli dobrą decyzję, stawiając na dość istotny element – grywalność.
Trochę na uboczu leży tryb Stunt Park, oferujący jednak znacznie więcej pod względem rozrywki niż uładzone wyścigi. Wraz z autem zostajemy wrzuceni na wielką, otwartą planszę, gdzie korzystając z licznych skoczni, pętli, ramp, itp., nabijamy odpowiednią ilość punktów koniecznych do odblokowania kolejnych map. Joy Ride Turbo to druga samochodowa gra z rzędu (po Dirt: Showdown), która dostarcza rozrywki w stylu Tony Hawk Pro Skater, i muszę przyznać, że jest to strzał w dziesiątkę. Taka „piaskownica” bardzo mi się podoba.
Problemem xboksowych awatarów (nie tylko ich, to samo jest z Mii z Wii) jest nijakość. Dziwaczna pacynka, mająca być moim wirtualnym alter ego, ani na chwilę nie wzbudziła we mnie żywszych uczuć – ot, trzeba to było zrobić przy pierwszym logowaniu i tyle. Wykorzystanie tych postaci w Joy Ride Turbo skaziło, niestety, całą grę. Nie ma tu jakiegoś konkretnego stylu, jakichś ciekawszych projektów, które pozwalałyby poczuć klimat szalonych wyścigów. Niedoścignionym wzorem jest dla mnie pod tym względem Modnation Racers z konkurencyjnej platformy. Nie miałem motywacji do odblokowywania kolejnych tras i wozów, bo po prostu nie byłem specjalnie ciekaw, jak będą one wyglądały. Nie zrozumcie mnie źle – od strony technicznej zostały zaprojektowane jak najbardziej udanie, ale brakuje im jakiejś iskry.
(Kliknij na obrazek, aby go powiększyć) Nadmiaru kartingowych produkcji na Xboksa 360 nie ma, więc na każdy tytuł z tego gatunku warto wyczekiwać, bo są to gry, które potrafią zaoferować naprawdę wiele rozrywki. Nie znaczy to jednak, że musimy od razu sięgać po każdą taką produkcję, nie zważając na jej jakość. Słowo, które kojarzy mi się z nową propozycją Microsoft Studios, to „solidność”, a to niestety nie jest hasło, które wypisane wielkimi literami sprzedawałoby pudełkową wersję gry. 800 punktów Microsoftu nie stanowi poważnego wydatku, więc jeśli macie chętnych do zabawy wśród znajomych, warto w ten tytuł zainwestować. W innym wypadku Joy Ride Turbo może szybko zaginąć w czeluściach twardego dysku Waszej konsoli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz