Coś mu się dziwne oczy świecą
Przez większość czasu nasz protagonista współpracuje z dwiema postaciami, ale przez grę przewija się też cała gama różnorodnych charakterów. Oprócz głównego bohatera Dana mamy jeszcze między innymi czarnoskórego twardziela, wyposażonego w spluwę wielkości promu kosmicznego, uroczą kobietę posługującą się bronią snajperską i brytyjską parę komandosów. Chociaż wszyscy są uzbrojeni po zęby, a i sprawa, w której biorą udział, jest poważna, to za każdym razem świetnie się bawimy, oglądając cut-scenki z ich udziałem. Scenariusz został napisany z pomysłem i wyczuciem godnym najlepszych filmów akcji. Jest w nim patos, humor, przemoc, smutek, a w pewnym momencie nawet odrobina refleksji.
Binary Domain to takieGears of War, tyle że zamiast do Locustów strzelamy do robotów. Większość z nich przypomina maszyny z filmu Ja, robot, ale nie brakuje też oryginalnych, czyli o różnych kształtach i wyposażonych w odmienne uzbrojenie. Producentom udała się rzecz niesłychana. Niszczenie tych mechanicznych urządzeń sprawia niesamowitą frajdę. Nie wystarczy już posłać krótką serię z karabinu skierowaną prosto w korpus oponenta. Każdy fragment konstrukcji przeciwnika został dodatkowo osłonięty pancerzem, przez który musimy się przebić, wypluwając z lufy dziesiątki pocisków.
(Kliknij na obrazek, aby go powiększyć) Co więcej, wszyscy oponenci wyróżniają się w walce godną pochwały agresją i zawziętością. Próbują nas dorwać nawet wtedy, gdy stracą kończyny. Biegają z jedną ręką, a gdy nie mają nóg, czołgają się w naszym kierunku lub desperacko strzelają aż do ostatniego tchu, a raczej do wyczerpania baterii! Sami widzicie, że pełne determinacji maszyny rozwala się ze znacznie większą przyjemnością niż bezmyślnie kroczące cyborgi.
Go, go, go!
Wzorem wspomnianej już serii Gears of War nasz dzielny bohater może ostrzeliwać się zza osłon, a także przeskakiwać od jednej do drugiej. Z obu opcji korzystamy wyjątkowo często, bo przeciwnicy nacierają na nas w dużych ilościach. Ale likwidowanie robotów to nie jedyne nasze zajęcie. Próbujemy przeżyć zjazd śluzą, jeździmy na skuterach wodnych, a raz nawet reagujemy na zaczepki pań lekkich obyczajów. A właśnie! W grze istnieje możliwość komunikacji głosowej z członkami oddziału. Jeżeli nasz mikrofon jest sprawny i program poprawnie rejestruje głos, możemy wydawać proste komendy (move, fire), a nawet komentować bieżącą sytuację (good job, nice). Jeżeli jednak nie chcemy lub nie mamy możliwości korzystania z mikrofonu, równie dobrze możemy naciskać klawisze odpowiadające za dane kwestie.
Elementem wyróżniającym Binary Domain na tle innych gier akcji tego typu jest fakt, że wszystko, co pada z ust naszego bohatera, wpływa na jego relacje z innymi członkami zespołu. Innymi słowy: mogą nas lubić lub nie. Gdy darzą nas sympatią, walczą skuteczniej i chętniej słuchają rozkazów, a jeżeli nie, tracą nagle celność i przestają z nami współpracować. Niestety, w sumie sprawdza się to raczej średnio i chyba nikt by nie zauważył, gdyby w grze zabrakło tego właśnie elementu.
Binary Domain nie należy do najpiękniejszych gier. Fajnie prezentują się modele postaci, roboty efektownie rozlatują się na kawałki, ale już zdecydowanie gorzej wypadają lokacje, w oczy kłuje zwłaszcza ich marna szczegółowość. Mam wrażenie, że projektantom poziomów brakowało chwilami wyobraźni. Chociaż całkiem możliwe, że w przyszłości, w której dzieje się Binary Domain, nie będą już liczyć się względy estetyczne, a wyłącznie praktyczne.
(Kliknij na obrazek, aby go powiększyć) Jest jeszcze multiplayer, oferujący sporo trybów rozgrywki na czele z klasycznymi, jak choćby drużynowy deathmatch. Niestety, obecnie na serwerach Binary Domain panuje przygnębiająca pustka, a szkoda. Wspomniany drużynowy deathmatch to jedyny tryb, który miałem okazje przetestować, i muszę przyznać, że sprawiło mi to naprawdę sporą frajdę. Wymiana ognia jest dynamiczna i wciągająca, a za zgromadzone w czasie walki punkty kupujemy broń i wyposażenie.
Binary Domain zasługuje na cztery gwiazdki. Nie przypominam sobie innej równie dobrej gry, w której czerpało się przyjemność z niszczenia wrogich maszyn i robotów. Uważam, że producent powinien zabrać się za kolejny projekt, najlepiej w klimatach Terminatora. Na pewno wyszłaby znakomita pozycja. A tak w ogóle, to gdyby John Connor w wojnie ze Skynetem mógł skorzystać z pomocy żołnierzy występujących w Binary Domain, cały konflikt trwałaby góra trzy dni. Pierwszego maszyny spróbowałby stawić opór, a potem już tylko błagałyby o litość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz