środa, 27 czerwca 2012

Gra o tron - recenzja

Udana adaptacja epickiego dzieła, świetne rozszerzenie serialu czy bezczelna próba zarobienia na znanej marce? Siedem lat temu firma Cyanide wykupiła prawa do marki Pieśń Lodu i Ognia w grach komputerowych. Mimo że książki George'a R.R. Martina zyskiwały i nadal zyskują popularność, na wirtualne produkcje osadzone w tym uniwersum musieliśmy sporo poczekać. Pierwsza z nich, wypuszczony rok temu RTS o podtytule Genesis, okazała się, delikatnie mówiąc, porażką. Czy mające niedawno premierę pełnoprawne RPG dorównuje poziomem prezentowanemu w HBO serialowi i klimatem zachęca do wczytania się w sagę?
Miłe złego początki
Początek gry rzeczywiście zapowiada bardzo obiecującą przygodę. Filmowa muzyka, Conleth Hil, czyli serialowy Varys, przedstawiający zawiłości świata Westeros, krótkie przerywniki filmowe i szybkie przerzucenie akcji na Mur, gdzie prym wiedzie bardzo dobrze odwzorowany Jeor Mormont. Kamera się oddala i już mamy wrażenie, że gra nas oszukuje. Z jednej strony oferuje muzykę i postacie prosto z pierwszego sezonu serialu emitowanego w HBO, z drugiej razi obskurną grafiką, żenującą animacją i przydługimi dialogami, z których dla akcji nic nie wynika. I tak do końca rozgrywki mamy do czynienia z miksem ciekawych pomysłów i interesującej fabuły ze słabym wykonaniem, kiepską grafiką oraz drobnymi, psującymi zabawę błędami.
Zacznijmy jednak od początku. Oto Mors Westford, członek Nocnej Straży, obrońca Muru, jeden z uczestników rebelii i dobry przyjaciel Jona Arryna. Mors jest całkowicie oddany sprawie Muru, a honor nakazuje mu nawet zabić najbliższego przyjaciela, człowieka, który chciał uciec z bractwa. Z drugiej strony mamy Alestera Sarwycka, kapłana kultu R'hllor, który – wracając po piętnastu latach w swe ojczyste strony – zostaje wciągnięty w spisek królowej Cersei. Obie postacie teoretycznie mają ze sobą niewiele wspólnego, w praktyce ich losy mocno się splatają. Motyw żonglowania dwoma bohaterami sprawdza się bardzo dobrze, pozwalając rozdział po rozdziale delektować się fabułą gry.
To ma być Westeros?
Gra o tron stara się być oficjalnym prequelem całej serii (wydarzenia oscylują wokół śmierci Jona Arryna), jednak do wielkości sagi zdecydowanie jej daleko. Przeszkadza praktycznie wszystko: popularność serialu, rozmach i skala książki, intrygi polityczne tak trudne do oddania w grze komputerowej, a głównie brak umiejętności samych twórców. Zacznijmy jednak od świata gry, w którym przemieszczamy się pomiędzy Murem a Królewską Przystanią. Ikoniczne miejsca zostały tu sprowadzone do małej barbarzyńskiej wioski z wielkim budynkiem pośrodku (Mur) oraz plebejskiego miasteczka z kilkunastoma niemającymi nic do powiedzenia NPC-ami (Królewska Przystań). W lokacjach, które powinny być wizytówką tego tytułu, wieje nudą, bylejakością, a rozmiarami przypominają one bardziej zajazdy ze Skyrimaniż wielkie miasta Siedmiu Królestw.
Zdjęcie (Kliknij na obrazek, aby go powiększyć)
Uniwersum gry zostało zatem ograniczone do kilku miejscówek, między którymi podróżujemy za pośrednictwem głównej mapy. Podobne rozwiązanie zastosowano w Dragon Age i sprawdzało się ono całkiem dobrze, tutaj zawodzi i kojarzy się z tanią wersją serialu. Bo dla kogo zachęcające okaże się kilkanaście ograniczonych sztucznymi ścianami lokacji? Do tego lokacji brzydkich, monotonnych i nieoferujących praktycznie żadnych wyzwań czy skarbów, oprócz rozrzuconych tu i ówdzie listów, złota i paru pierścieni?
Heros to ma klawe życie
Na szczęście do zagłębiania się w grę zachęca jej fabuła. Jest bowiem tak skonstruowana, że co rozdział zmieniamy bohatera i uczestniczymy w różnych, z pozoru niepowiązanych ze sobą zadaniach. Sprowadzają się one najczęściej do złapania, znalezienia bądź zabicia ważnej postaci. Czasami gra daje nam możliwość wykonywania zadań pobocznych (tych jest zdecydowanie za mało, do tego dostęp do nich otrzymujemy mniej więcej w połowie zabawy), czasem też wymusza skorzystanie ze specjalnych umiejętności. W przypadku Alestera jest to błogosławiony ogień pozwalający znajdować ukryte miejsca, w przypadku Morsa – możliwość przejęcia fizycznej kontroli nad jego psem. Obu umiejętności używałem jednak niezwykle rzadko, najczęściej gdy wymagało tego zadanie główne. Na co gra jeszcze pozwala bohaterowi? Na zakupy, podczas których każdy z kupców chce z nas niemiłosiernie zedrzeć oraz na rzadkie i często prowadzące donikąd rozmowy z NPC-ami.
To, co jednak autorom się udało, to system walki wzorowany między innymi na tym znanym z Drakensanga. Starcia prowadzone są w czasie rzeczywistym – podczas nich w każdym momencie da się przejść w tryb aktywnej pauzy i ustawić priorytety postaciom. W trakcie potyczki możemy przemieszczać się pomiędzy kompanami, wydawać im rozkazy (za które płacimy energią), zmieniać ekwipunek oraz wskazywać cele. I chociaż towarzysze broni sami z siebie nigdy nie wykonają specjalnego ataku, a w dalszych rozdziałach walka sprowadza się do używania sprawdzonej kombinacji powalenie/krwawienie + silny cios, to i tak jest to jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w grze.
Zdjęcie (Kliknij na obrazek, aby go powiększyć)
Brudny, brzydki świat
Wyróżnia się również, tym razem in minus, uboga i przestarzała grafika. Modele, oprócz głównych postaci i Jeora, straszą, co chwilę mamy do czynienia z klonami bohaterów drugoplanowych, a ich animacje, a także sama budowa ciała, sprawiają, że wyglądają oni jak kosmici, a nie mieszkańcy Siedmiu Królestw. Do tego dochodzi potwór, który udaje psa Morsa, umiejętność przenikania bohaterów przez obiekty, otoczenie ubogie w detale, powtarzające się budowle i ogólny niski poziom grafiki. Co więcej, pomimo naprawdę nieciekawej oprawy gra ma tendencję do klatkowania w celu dogrania kolejnych tekstur. Wiem, że grafika nie jest najważniejsza w tytułach fabularnych, ale w dwudziestym pierwszym wieku trzymajmy się przynajmniej podstawowych standardów!
I tak wygląda komputerowa Gra o tron. Dobra fabuła i interesująco zarysowani główni bohaterowie oraz czerpanie wzorców z serialu nie są w stanie przysłonić ogólnej miałkości tytułu. Nieciekawe lokacje, powtarzalne zadania, smutny, brzydki i nieduży świat oraz tuzin mniejszych i większych błędów sprawiają, że bawić się przy niej będą tylko najwięksi miłośnicy RPG. Cóż, jeżeli w ciągu tych siedmiu lat nie udało się studiu Cyanide stworzyć dobrej produkcji fabularnej bazującej na książkach George'a R.R. Martina, można śmiało założyć, że gracze już raczej nie doczekają się udanej czy choćby przyzwoitej komputerowej adaptacji tej marki. Rzeczywistość bywa brutalna, jakby powiedział Tyrion Lannister.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

laski, Odloty, Swingers, turystyczny, dla pań